bagienny park Xihua, Junnan, Chiny

Chiny | Kunming II | wycieczki

Nazwaliśmy go poznawczo-towarzyskim i to był właściwie jego urok. Jednak udało nam się zobaczyć tam trzy bardzo ciekawe miejsca, plus dwukrotnie wybraliśmy się do innych miejscowości, które miały w swojej ofercie coś co chcieliśmy zobaczyć na własne oczy. Ale o nich będą osobne wpisy, więc skupmy się na razie na trzech następujących: Bambusowa Świątynia (lub jak kto woli – Qiongzhu/Bamboo Temple), dystrykt Guandu i bagienny park Xihua.

Pierwsze z tych miejsc, to pięknie położona – nieco na obrzeżach – buddyjska świątynia, której klimat, spokój i zapach wszędobylskich kadzideł działa niezwykle uspokajająco i wprawia w stan błogiego zapomnienia. Atmosfera takich miejsc jest zazwyczaj podobna, ale za każdym razem można się w nich dobrze czuć i chłonąć z nich pozytywną energię. Niezwykłe jest to, że wierni przychodząc tutaj nie tylko palą kadzidła i oddają cześć, ale też przynoszą ze sobą owoce, czy kwiaty i kładą przed swoim Buddą. Wyobrażacie sobie iść za każdym razem do kościoła z marchewką i selerem i kłaść je z pobożnym wyrazem twarzy na Ołtarzu? :) Ja też nie, ale gdy obserwuję tutejsze zwyczaje,to muszę przyznać, że bardzo mi się podobają!

Coś co w tej świątyni było wyjątkowe, to niezwykła kolekcja Arhatów – glinianych rzeźb wykonanych przez jednego artystę, który zwyczajnie się zapomniał i zrobił ich aż 500(!). Każdy z nich jest inny. Przedstawieni są w różnych pozach i sytuacjach, a także w różnym odzieniu i stanie mimicznym ;). Niektóre bywają naprawdę śmieszne, ale zdjęć robić nie wolno…

Bamboo Temple 1
Bamboo Temple 2
Bamboo Temple 3

a przynajmniej zbyt wiele się nie da (więc ciii…;).

Samo zwiedzanie było pełne zrelaksowanej przyjemności, za to dotarcie na miejsce… no, to już można nazwać przygodą! Przez dwie godziny (nie przesadzam!) chodziliśmy w kółko po przystankach, z których podobno miał odjeżdżać autobus jadący na miejsce. Jakoś nie nadjeżdżał, informacji na jego temat nie było, no bo po co? Język angielski u ludzi wokół na tym samym poziomie pewnie co polski, francuski i węgierski, czyli nie było możliwości by się dogadać. No chyba że z taksówkarzami, ale oni potrafili tylko stawiać mocno wygórowane ceny godne tylko białego turysty, a resztę trzeba było się domyślać. Albo i nie. I tak staliśmy lub chodziliśmy, szukaliśmy (daliśmy radę nawet zmoknąć), pytaliśmy w kombinacjach angielsko-chińsko-migowych… i nic. Właściwie już nie pamiętam jakim cudem udało nam się dogadać z pewną młodą dziewczyną, która wraz z chłopakiem zabrała nas za utargowaną względnie cenę swoim prywatnym autem pod bramę świątyni. Z powrotem inni „prywaciarze” zabrali nas na niby-stopa (za którego musieliśmy na koniec zapłacić) w dół do miasta na dobrze nam już znane i znienawidzone przystanki ;). Niemniej jednak warto było, bo miejsce piękne…

Bamboo Temple 4
Bamboo Temple 5
Bamboo Temple 6
Bamboo Temple 7
Bamboo Temple 8
Bamboo Temple 9
Bamboo Temple 10
Bamboo Temple 11
Bamboo Temple 12

W dwa pozostałe miejsca – jak prawdziwy gospodarz – zabrał nas Fan :). Zapakował w samochód i wywiózł na drugą stronę miasta do przepięknej starej dzielnicy, zwanej Guandu. To jedno z takich miejsc, gdzie udało się – przynajmniej w pewnym sensie – zatrzymać czas i zachować odrobinę tradycji. Sam spacer uwieczniliśmy na zdjęciach i kilka przedstawimy poniżej. Zatrzymam się jednak na moment przy naszym przystanku na lunch. Taki tradycyjny lunch z tego regionu. Wyglądał on mniej więcej tak:

Guandu 1

i nie oddaje ani odrobinę wrażeń związanych z jego spożywaniem :). A były ogromne. To wtedy Romek uznał, że powtarzanie słów w stylu „chętnie popróbujemy tradycyjnych potraw” nie zawsze jest rozsądne. Albo inaczej. Próbowanie owszem. Ale Fan jest bardzo gościnnym i szczodrym człowiekiem, który postawił nam pełne porcje wyszukanych przez siebie potraw (przy zamawianiu wspomniał, że dla europejczyków, co oznacza swego rodzaju prośbę o litość, jak sądzę) i życzył smacznego :). Ponieważ Natalia nie mogła jechać z nami, nie bardzo wiedzieliśmy cóż to za potrawy, ale podczas próbowania obstawialiśmy dość trafnie. Otóż poczęstowano nas krwią (zwierzęcą oczywiście;), ryżem po procesie fermentacji, dwoma baaaardzo ostro przyprawionymi daniami i na deser było skrzyżowanie galaretki z kompotem owocowym podobno… Hm, jakby to napisać tak delikatnie, a zarazem przekazać nasze emocje z tej tradycyjnej restauracji… Podeszliśmy do tematu z ochotą i ciekawością, ale przede wszystkim dobrym nastawieniem. Jednak z każdym kęsem było nam coraz bardziej… głupio wobec Fana, bo wiedzieliśmy że się bardzo postarał, a my zwyczajnie nie damy rady!! Momentami „zaciskaliśmy zęby”, poprosiliśmy o wodę, przy jedzeniu ściętej krwi starałam się myśleć głównie o tym jak bardzo lubię kaszankę, ale nie pomagało… zaczynało mdlić coraz bardziej, a po próbie ratowania sytuacji owocowym… czymś – poddaliśmy się. Przepraszając Fana jeszcze przez przynajmniej 10 min drogi tłumaczyliśmy, że doceniamy, ale… jednak to nie dla nas. Mało kiedy czułam się tak fatalnie jak wtedy. I na sumieniu i na żołądku…
[Natalia tylko się śmiała jak jej to opowiadaliśmy… Cwaniara!;p]
Ale za to starówka, była bardzo klimatyczna!! :D

Guandu 2
Guandu 2
Guandu 3
Guandu 4

Więcej na temat samego dystryktu możecie poczytać w wolnej chwili na blogu Natalii -> Guandu, bo my nie jesteśmy w stanie opisywać wszystkiego tak, by nie zanudzić tasiemcami zamiast wpisów ;).

Na koniec spaceru (dla złagodzenia smaków) Fan kupił nam świeżo pieczone „placki okularowe”, które na szczęście były bardzo smaczne i po pełnych rezerwy pierwszych kęsach, z ulgą zajadaliśmy się nimi w drodze na bagna :).

Żeby już nie przedłużać, napiszę tylko, że ów bagienny park znajduje się kawałek poza Kunmingiem w bardzo spokojnym miejscu, gdzie dojeżdża się głównie na sesje zdjęciowe dla par młodych ;). Jest tam pięknie i cicho. Widoki, przyroda, różnorodność kwiatów (i pająków:/) jest niezwykła. Można spacerować kładeczką i cieszyć się takimi chwilami do woli. I te piękne lilie wodne (tym razem bagniste?) wszędzie dookoła… a między tym wszystkim siedzi sobie stary, zadumany wędkarz z naszego głównego zdjęcia do tego wpisu :).

Jak ktoś nie lubi tłumów, a kocha przyrodę, to jest to jedno z miejsc stworzonych dla niego…:)

Bagna 2
Bagna 3
Bagna 4

Ewa

Z wykształcenia jest muzykologiem i historykiem sztuki, z zamiłowania gra na violi da gamba, a zawodowo zajmuje się kolorystyką i marketingiem. Poza tym, to prawdziwy sangwinik z niepoprawnym optymizmem we krwi oraz wieloma pasjami artystyczno-podróżniczymi. A szczególna wrażliwość na piękno pomaga jej postrzegać świat kadrami, które uwielbia uwieczniać. I choć jest niezłym śpiochem, kocha też wyzwania, dobrą muzykę, czarną kawę i ciasteczka. ♪♫

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *