Sydney Opera, Australia

Australia | Sydney

Wylądowaliśmy na miejscu późnym popołudniem ostatniego dnia roku 2012. W ostatniej chwili – jak ostatnia deska ratunku – pojawiła się szansa na nocleg w stolicy, choć sytuacja była na tyle skomplikowana, że niczego do końca nie byliśmy pewni. Poza jednym: przed północą chcieliśmy dotrzeć w miejsce, z którego widać będzie sydney’owską Operę, skąpaną w noworocznych fajerwerkach. Dlatego z lotniska na autobus, z autobusu na metro, a z metra… no właśnie – gdzie? Teoretycznie byliśmy gdzieś w centrum, tylko te plecaki… w zasadzie nie przeszkadzałyby nam jakoś bardzo w podziwianiu sztucznych ogni, ale nie wydawało się zbyt rozsądnym zagraniem zabierać cały nasz dobytek w tłum ludzi, pełnych euforii i alkoholu we krwi.
Na szczęście pewni przedsiębiorczy mieszkańcy stolicy, zorganizowali w swoim biurze podróży coś na zasadzie przechowalni bagażu. Więc tego wieczoru za jednorazową opłatą, można było zostawić tobołki na całą dobę.
Uff.. gdy zrzuciliśmy po te kilkanaście kilogramów, można było coś przekąsić w niezawodnym SubWay-u (podczas tej podróży zakochałam się w tej sieciówce!:), wypić kawę i udać się w poszukiwaniu dobrego miejsca widokowego.

Choćby nie wiem jak próbował się wcześniej przygotować, przy słabej (żeby nie powiedzieć – absolutnie żadnej) znajomości tego miasta, naprawdę trudno się odnaleźć w sylwestrowym zamieszaniu. Dlatego dewiza: „podążaj za tłumem” wydała się jedynym słusznym rozwiązaniem. Oczywiście czytaliśmy o miejscu, które jest absolutnie doskonałym punktem widokowym, ale tam mogła wejść ograniczona ilość osób. Do tego – z tego co się dowiedzieliśmy – ludzie piknikują tam już od rana, a nawet poprzedniego dnia, by trzymać sobie miejsce na noworoczne obchody. A na to szans już nie mieliśmy.

W każdym razie miejsce do którego ostatecznie udało nam się dotrzeć, okazało się lepsze niż oczekiwaliśmy. Wygodna polana pod samym Harbour Bridge, piękny widok na Operę, budki z jedzeniem i piciem nieopodal i sylwestrowy piknik można było rozpocząć:). Rozłożyliśmy kocyki, rozsiedliśmy się wygodnie, wszamaliśmy „prowiant”, a że było ledwo po 21-szej, to ja udałam się na drzemkę, a Romek czuwał;). To był nasz pierwszy w życiu Sylwester w krótkich rękawkach, na zielonej trawce, w piknikowym nastroju i bardzo nam się to spodobało. W tej ciepłej atmosferze pod australijskim niebem, czekaliśmy na przełomową godzinę pomiędzy grudniem a styczniem… cudne uczucie!!:)

Cóż można napisać o samej północy? Kolorowa, z rozmachem, entuzjastyczna, radosna, głośna, ale i trochę refleksyjna dla nas. A muszę też napisać, że szalenie miło było dostawać sms-y z życzeniami, gdy w Sydney zaczynał się Nowy Rok, choć w Polsce było ledwo po śniadaniu, a większość myślała dopiero o zakupach na wieczór…:)
Niemniej jednak nasze kolejne marzenie właśnie się spełniało! Nie dość że Opera w Sydney, to jeszcze mieniąca się sylwestrowymi barwami… bajka godna polecenia!:)

Sylwester 1
Sylwester 2
Sylwester 3
Sylwester 4
Sylwester 5

Po tym niecodziennym widowisku, podążając z falą tłumu, udaliśmy się po nasze plecaki. Z kompletnym już ekwipunkiem poczłapaliśmy na stację metra, gdzie ogrom ludzi i długość kolejek do automatów z biletami zaskoczyły nie tylko nas. Same automaty buntowały się co kilka minut, zawieszając i nie wydając biletów zniecierpliwionym imprezowiczom. Na co ostatecznie służby porządkowe komunikacji miejskiej, nakazały wsiadać do swoich pociągów bez biletów i jechać spokojnie do domów. Prawda, że miły gest noworoczny ze strony zabójczo drogiego Sydney?:)

My wprawdzie niezupełnie do „domu”, a w okolice dzielnicy Newtown, gdzie czekała już na nas Lisa z Couchsurfingu z przygotowanym do spania łóżkiem i najmocniejszym ginem z tonikiem jaki w życiu mieliśmy okazję skosztować (chyba zapomniała o toniku i wlała zwyczajnie szklankę ginu;). Zabawną sytuację mieliśmy jeszcze zanim dotarliśmy do jej mieszkania, gdy pewna mieszkanka tej samej dzielnicy wracając za nami z metra, zagadnęła zaintrygowana: „czemu takie duże bagaże niesiemy z tego Sylwestra??”:)) Jednak kiedy usłyszała, że jesteśmy w trakcie podróży „dookoła świata” i do Sydney przybyliśmy jedynie Nowy Rok, to od razu zaczęła zapraszać do siebie na noc i przekonywała żartując, że u niej nam będzie zapewne dużo lepiej niż u Lisy. No.. a my tak się obawialiśmy o to gdzie się podziejemy w Sydney!:D

Ale u Lisy było nam i tak bardzo dobrze. Dostaliśmy pokój kota (kot oczywiście też był w „pakiecie”), hasło do internetu i pełną swobodę na odespanie ostatnich dni (i nocy). Dlatego pierwszy dzień roku spędziliśmy jedynie na odsypianiu, jedzeniu i przygotowywaniu się do najbliższej wyprawy, a w drugi wyruszyliśmy na obejrzenie centrum Sydney za dnia.

Ponieważ został nam jeden dzień na to wielkie miasto, wybraliśmy nieśmiertelne „must see”, czyli Sydney Opera z bliska i Królewskie Ogrody Botaniczne z których jest absolutnie najpiękniejszy widok na Operę i słynny Harbour Bridge. Wbrew pozorom niemały spacerek, a wrażenia niezapomniane.

Wiedzieliście, że budynki Opery nie stanowią jednej całości, jak to zwykle widać na zdjęciach? My już wiemy;) odkąd mieliśmy okazję pospacerować pomiędzy nimi. Jednak na tym zakończyliśmy zwiedzanie, bo sława tego obiektu pozwala na narzucenie takich cen za obejrzenie czegokolwiek wewnątrz, że spektakle za min. 800 zł/osobę zostawiliśmy sobie na… inną wycieczkę;)

Niemniej jednak z zewnątrz również robi wrażenie!

Opera 1
Opera 2
Opera 3

Przez ogród właściwie śmignęliśmy zamiast się przespacerować, żeby przed zmrokiem zobaczyć to, co można stamtąd zobaczyć i zrobić kilka pamiątkowych zdjęć. Ale trzeba przyznać że jest piękny i warto poświęcić mu nieco więcej czasu niż nam się udało. W każdym razie pamiątkowe zdjęcia są :)

Ogród 1
Ogród 2
Ogród 3
Ogród 4
Ogród 5

Pewnie można było zostać w Sydney dłużej, ale nas ciągnęło w tę mniej zabudowaną część Australii. Zresztą z naszym budżetem przesiadywanie w stolicy byłoby małym szaleństwem;). Więc wynajęliśmy samochód na 7 dni w Europcar, z możliwością oddania go w Melbourne i wyruszyliśmy w absolutnie niezwykłą trasę wzdłuż wybrzeża, zwaną Princess Highway tym oto autkiem:) zostawiając Sydney daleko za sobą…

Autko

Ewa

Z wykształcenia jest muzykologiem i historykiem sztuki, z zamiłowania gra na violi da gamba, a zawodowo zajmuje się kolorystyką i marketingiem. Poza tym, to prawdziwy sangwinik z niepoprawnym optymizmem we krwi oraz wieloma pasjami artystyczno-podróżniczymi. A szczególna wrażliwość na piękno pomaga jej postrzegać świat kadrami, które uwielbia uwieczniać. I choć jest niezłym śpiochem, kocha też wyzwania, dobrą muzykę, czarną kawę i ciasteczka. ♪♫

2 myśli na temat “Australia | Sydney

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *