Dubaj lotnisko, samolot

Trasa | Z Krakowa na Sri Lankę

Pewnie mało kto lubi zarywać noce. A co dopiero, jak nie ma się kiedy położyć spać choć na minutę, gdy od rana zapowiada się ciężki dzień. Ale nieco inaczej to wygląda, gdy chodzi o szykowanie się do wymarzonej podróży.:) Najpierw odliczanie dni, stopniowe przygotowywania, ostatnie załatwienia, kantor, spożywczy, sportowy, apteka… no tak, u nas była jeszcze walka z grypą, antybiotyki i inne podobne. Ale przecież jechaliśmy się wygrzać i to pod sam Równik! Wiedzieliśmy, że damy radę i daliśmy – plan zaliczony.:)

Była chyba jakaś 3:30, gdy za oknem ukazał się sypiący śnieg. Ale nie taki nieśmiało pruszący, a „nawalający” tak wielkimi płatkami, że nawet mogło się to podobać komuś, kto za zimą – delikatnie powiedziawszy – nie przepada. Takiego śniegu nie było od ponad miesiąca, a pojawił się na kilka godzin przed naszym wylotem. Ha! Wiedzieliśmy kiedy uciekać!;)

Zapakowani i ubrani „na cebulkę” – w niekoniecznie zimowe ciuchy – pognaliśmy na tramwaj, z tramwaju na dworzec, z dworca busem do Pyrzowic i tam czekał już na nas pierwszy samolot. Z trzech, żeby było ciekawiej.;) Ale jak chce się podróżować tanim kosztem, to wyrzeczenia muszą być. To niby nic wielkiego, ale ja na antybiotyku, Romek mocno przeziębiony i wylądowaliśmy tak w Kijowie, a tam to dopiero była zima! My w kurtkach przeciwdeszczowych, polarach i płaskich Salomonach na nogach… dało w kość i to bardzo! Sypało w oczy, wiało we wszystko i do tego wszędzie cyrylica i brak oznaczeń na przystankach. Taksówkarz wciska nam, że nie ma przy lotnisku żadnego przystanku, panie w informacji na pytanie o zamieszki w centrum próbują coś po angielsku sklecać, ale raczej przekrzywiają głowę i patrzą tępo w nas – o co nam chodzi? W końcu jedna zrozumiała, ale nie wydawała się ani przejęta ani przestraszona i wydukała, że w centrum no problem – jechać autobus. No dobrze, to my jechać ten autobus chętnie tylko skąd? Na to już odpowiedzi nie było i musieliśmy pospacerować w tę „przemiłą pogodę” aż udało się odnaleźć coś na kształt przystanka. Chyba… ale inny podróżnik po angielsku tłumaczy, że do dworca to raczej tędy, bo wszyscy tak mówią. No ok, więc wsiedliśmy w mini-busa standardem przypominającego te, co to już nawet w Kambodży wychodzą z użytku i dotarliśmy do dworca.

Po wypiciu gorrrrącej herbaty i przegryzieniu obiadku w przy dworcu, wsiadamy w Skybus na lotnisko Boryspol i już spokojniejsi zmierzamy do celu. A ludzie zabiegani i roześmiani choć zmarznięci. Nawet przy dworcu nie widać śladu zamieszek i mieszkańcy żyją jakby swoim życiem. Generalnie to co się dzieje w miejscu manifestacji, na pewno jest burzliwe i szalenie trudno w takim zimnie funkcjonować jakkolwiek, jednak ewidentnie to nie cały Kijów „walczy”, a jedynie poszczególni ludzie. Natomiast życie toczy się na ulicach absolutnie zwyczajnie. Jak zawsze media potrafią nagiąć prawdę tak, by zrobić sensację z czegoś o czym tak naprawdę bardzo mało wiemy. Ale polityczne zawirowania, to jeden z najdalej odsuwanych przeze mnie tematów, więc i teraz nie zamierzam się uaktywniać. Jedyne co, to media nas tak wystraszyły, że byliśmy gotowi płacić ogromne kwoty za taksówkę z jednego lotniska na drugie, by jakimś cudem, obwodnicami dotrzeć na miejsce, a wcale nie było takiej potrzeby. A najbardziej przemówiła chyba do nas obojętność w tej kwestii tej kobiety z informacji, na lotnisku Żuliany… W każdym razie cali i już spokojni docieramy do Boryspola, skąd lecimy przed 23-cią do Dubaju. Linie Emirates nie rozczarowują, choć można by się spodziewać kilku lepszych rozwiązań jak na „najlepszą linię lotniczą na świecie”. Z sentymentem wspominamy Air New Zealand, która w naszym doświadczeniu podróżniczym przebija czołówki świata o głowę (a ma dopiero 3 miejsce). Jemy kolację, owijamy się kocami idziemy spać.

W Dubaju jesteśmy jeszcze przed wschodem Słońca, ale oślepia nas blask przepychu lotniska. Piękne i fajnie przemyślane – w poczekalniach są nawet leżaki z podnóżkami, na których lokujemy się na drzemkę obok innych śpiących pasażerów. Wschód Słońca, ostatnie kanapki zabrane z domu i zbieramy się do bramek. Kolejny lot jest już docelowy – port obok Kolombo, na Sri Lance. I znów Emirates, dobry lunch, kocyk, drzemka i… jesteśmy!

Sri Lanka… piękna, egzotycznie ciepła, pełna kwiatów i… kierowców hoteli z karteczkami podpisanymi nazwiskami gości. Romek robi mi niespodziankę, bo na jednej z karteczek jest Roman Saj – Ocean View – Negombo. Cudnie!:) Przy poprzedniej podróży wspominałam mu, że to jest niezwykle miłe, gdy na lotnisku ktoś czeka przy wyjściu. Na nas raz tylko czekała Natalia w Kunmingu, a tak tylko patrzyliśmy na radość powitań, w ciągle to nowych miejscach i krajach, i jakoś tak sentymentalnie-smutno się robiło. Bo niby fajnie – nowe miejsce, nowe przygody, ale z drugiej strony znów tak daleko od bliskich osób i nikt na nas nie czeka z uśmiechem.

Dlatego tutaj szalenie miło było zobaczyć, że ktoś przyjechał właśnie po nas i choć nie był nam nikim „bliskim”, to nikt nie powiedział, że nie mógł nim zostać!:D
Na zewnątrz uderzyło nas oszałamiająco cudowne ciepełko! Kierowca komfortowym vanem zawiózł nas do guest hous-a w Negombo, a ja… znów nie mogłam przestać się uśmiechać…:)

Słońce dogonione!!

Ewa

Z wykształcenia jest muzykologiem i historykiem sztuki, z zamiłowania gra na violi da gamba, a zawodowo zajmuje się kolorystyką i marketingiem. Poza tym, to prawdziwy sangwinik z niepoprawnym optymizmem we krwi oraz wieloma pasjami artystyczno-podróżniczymi. A szczególna wrażliwość na piękno pomaga jej postrzegać świat kadrami, które uwielbia uwieczniać. I choć jest niezłym śpiochem, kocha też wyzwania, dobrą muzykę, czarną kawę i ciasteczka. ♪♫

3 myśli na temat “Trasa | Z Krakowa na Sri Lankę

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *