Muzyka na drogę, podróż, road trip

Muzyka na drogę | Ulubione albumy podróżników

Z założenia miał to być szybki i przyjemny w przygotowaniu post. Lista ulubionych i nieśmiertelnych płyt zabieranych w trasę, wzbogacona o ulubione albumy innych blogerów podróżniczych, którzy mieli ochotę podzielić się swoimi propozycjami. Żeby dodać jeszcze garść wyszukanych smaczków, zapytałam dodatkowo kilka osób z bliskiego otoczenia, które wiedziałam, że wniosą coś fajnego do tej mieszanki. Taka inspiracja dla wszystkich oraz motywacja do poznania nieodkrytych zakątków muzycznego świata. Ale jak się okazało, wizje podróżowania z muzyką są bardzo różne. Pojawiło się sporo form pobocznych i jeszcze więcej propozycji. W zasadzie super, tylko jak to teraz poskładać, żeby miało sens? I tym sposobem, z luźnego posta wyewoluował mi artykuł do opracowania niemal jak na studiach. Ponad dwa tygodnie poznawania, przesłuchiwania, segregowania, czytania i… można zacząć pisać.

Ale tutaj pojawił się problem jak Wam to przedstawić, by każdemu dobrze się czytało. Zarówno: muzykologom – znajomym po fachu ;) – którzy jednak jakichś konkretów by wymagali, muzykom – dla których ważne jest choć minimum emocji w traktowaniu ukochanej dziedziny, czytelnikom zainteresowanym – ale z podejściem „bez przesady z terminologią”, aż w końcu też tym zabieganym poszukiwaczom informacji – którzy przez internet mkną w biegu, tylko i wyłącznie w poszukiwaniu konkretów.
To wyzwanie trochę mnie przytłoczyło, ale że właściwie jestem każdym po trochu – zarówno muzykologiem, jak i muzykiem, zainteresowaną, ale i goniącą wciąż gdzieś istotą, to postarałam się postawić na każdym miejscu i efekty ocenicie już sami.

I UWAGA! Na tym etapie mam już dobrą wiadomość do wszelkich miłośników konkretów – nie znoszących długich postów osób, większości programistów;) i tych, którzy wracają tu już po raz kolejny (po same tytuły). Pełna lista, bez słowotoku wygadanego blogera, znajduje się TUTAJ. Miłego odbioru! ♪♫

Muzyka na drogę - roadtrip. Nowa Zelandia z muzyką na podróż

A dla tych wytrwalszych…:)

Muzyka na drogę – skąd pomysł i dlaczego całe albumy?

Wszystko zaczęło się od tras samochodowych. No może nie wszystko-wszystko, a po prostu pomysł na ten wpis. Bo kiedy ktoś przyzwyczajony jest do tego, że muzyka towarzyszy mu zawsze i wszędzie, to nie pojedzie w trasę bez ukochanych dźwięków. Chyba że zapomni zapakować, ale od czego są schowki nad nogami pasażera? Nasz wypchany jest płytami, choć to same kopie albumów. Te oryginalne stoją na półkach obok wieży i cieszą oczy każdego, kto wchodzi do pokoju. To swoisty „ołtarzyk”, zaraz obok książek. Bo chociaż od wielu lat mieszkamy w bardzo różnych miejscach, to DOM jest tam, gdzie płyty i książki. Bez dwóch zdań. I tylko przeprowadzki są małym koszmarem, ale potem o nich zapominamy i w/w znów cieszą i czekają na swoją kolej.

Dlaczego o tym piszę?

Bo chcę pokazać jak ważna jest muzyka w moim domu, życiu i w podróży. Do tego sporo osób zapytało: dlaczego akurat całe albumy, jeśli większość tworzy własne playlisty? Hm.. może ponieważ sama kilkukrotnie brałam udział w nagraniach, to do płyt podchodzę ze sporym szacunkiem i cenię albumy jako całości. Bo to są dzieła stworzone przez artystów, na pewnym etapie ich życia, twórczości i stanów emocjonalnych. I oczywiście jak większość z nas, w każdym krążku znajdę bardziej i mniej atrakcyjne utwory dla mojego ucha, to jednak album to album. Takie jest moje podejście (choć nie dziwię się, gdy nie-muzycy takiego nie mają). To trochę jak obraz, który wieszam w całości na ścianie, bez wycinania gorszego – według mnie – fragmentu. Zdarza Wam się na przykład zasłanianie wycinka jakiegoś malowidła? ;)

Ale przejdźmy dalej, bo nie każdy może podzielać moje zdanie i osobiście nie mam z tym dużego problemu. Z innej strony patrząc, pomimo, iż bardzo lubię słuchać pełne nagrania płytowe, to sama również czasem tworzę playlisty. Muzykolog też człowiek! :D Z tym, że są one dość mocno spójne gatunkowo, czy stylistycznie. Ale do tego jeszcze wrócę.

Muzyka na drogę - roadtrip w Nowej Zelandii

Przede wszystkim, bardzo bym nie chciała, żeby ktoś potraktował ten post, jako temat do dyskusji o gustach muzycznych. Wprost przeciwnie. Zebrałam tu jedynie PROPOZYCJE bliskie naszym sercom. Ale są one na tyle różnorodne, że prawdopodobnie każdy czytelnik znajdzie tu coś dla siebie. Nie ma tu niestety muzyki klasycznej, ale nikt dotąd nie podał w swoich sugestiach konkretów, a ja podchodzę do niej zbyt emocjonalnie, by np. siadać za kierownicę i przeżywać. ;) Natomiast pozostałe gatunki podzieliłam na grupy, by łatwiej było korzystać z listy. Myślę, że bez sensu jest czytać przez kogoś kto nie lubi metalu, całe zestawy krążków z tym gatunkiem.

Muzyczna biblioteka? Czemu nie!

Potraktujcie ten zbiór jak małą bibliotekę i od razu kierujcie się na „półki” z interesującymi Was stylami. Oczywiście nie tworzyłam setek grup z odmianami dzisiejszych gatunków. Samego rocka jest tyle odmian, że po przeczytaniu wszystkich dostałam totalnej głupawki i zaczęłam się śmiać jak dziecko. Zawsze w takiej chwili ciekawi mnie, co by Beethoven na to powiedział, ale to temat na osobny post. Wracając do grup, najbardziej zbiorczą określiłam jako world music, bo jest tam wszystko. Od wspomnianego określenia, przez folk, jazz, soul i wszystkie te albumy, przy których w notatkach kreśliłam: „omg!!!”, czyli wykonawca/zespół krąży po takiej mieszance stylów, że nie dałam rady sklasyfikować go sensownie w jedną, konkretną grupę (np. taki Sting).

Nie chcąc Was wystraszyć zbyt dużą dawką dobrej muzyki w jednym miejscu ;) podzieliłam wpis na dwie części. Poniżej główne założenie artykułu – „road trip” (czasami tak trudno zastąpić polskimi słowami anglojęzyczne teksty…), czyli trasa samochodem. Jest energiczniej, weselej, mocniej, rytmiczniej. Ale to nie przypadek. Może nie każdy wie, ale muzyka, której rytm jest szybszy niż bicie naszego serca, ożywia i działa niemal jak kawa. ;) Za to wolniejsza uspokaja i relaksuje (tych z niskim ciśnieniem zwyczajnie usypia). Zastanawialiście się kiedyś dlaczego kołysanki nie są żywe i rytmiczne? No właśnie, dlatego w samochodzie – zwłaszcza, gdy sami prowadzimy – zdecydowanie więcej powinno zjawić się tej energicznej. Choćby dla naszego bezpieczeństwa.

Muzyka na podróż, czyli mała zapowiedź na przyszłość.

Natomiast w drugiej części – Muzyka na podróż – będą inne sugestie, które wyewoluowały podczas dyskusji z blogerami i przyjaciółmi. Generalnie jest tam bardzo ciekawy zbiór muzyki już niekoniecznie dostosowanej do sposobu podróżowania autem. Sporo jest spokojniejszej, bardziej refleksyjnej, ale i radośniejszej oraz pozytywnie nastrajającej. Przykładowo proponowanej do – co dość mnie zaskoczyło – eksplorowania miasta. Co też ci podróżnicy nie wymyślą, prawda? Choć dla mnie bomba! Piękne jest to, jak mocno muzyka na nas wpływa. Nie ważne jaka, ważne by cieszyła!
W każdym razie warto przejrzeć też tę drugą część, bo są tam, w wielu przypadkach, mocno wyszukane dzieła i, w podróż czy nie, dobre do przygarnięcia na własną półkę (do foldera) z muzyką.

Dość nawijania! Miłego buszowania po tej małej, muzycznej krainie. :)

A i jeszcze jedno. Każdą grupę zaczynam od propozycji moich Gości w tym wpisie. Inaczej sobie nie wyobrażam i – w tym miejscu – bardzo dziękuję im za poświęcony czas, by poprzesyłać mi swoje muzyczne perełki! ♥

Muzyka na drogę – „road trip”

ROCK

(pure, light, hard, post, indie, progres., alternat., latino, intrumental, grunge… itd.)

Zacznę od Kami Everywhere, która tak poważnie podeszła do tematu, że poświęciła kawał czasu w pracy (sic!), by podesłać swoje tytuły na kilka różnych sposobów podróżowania i czeka na ten wpis z jawną niecierpliwością. ;) Oto jej rockowe propozycje z elementami bluesa oraz indie: The Black Keys Brothers (2010), The Gossip Standing in the Way of Control (2006), a także Bloc Party Silent Alarm (2005).

Natomiast pod dwoma albumami wskazanymi przez Karolinę z bloga W Krainie Tajfunów sama chętnie bym się podpisała. A są to Ceremonials (2011) i How Big, How Blue, How Beautiful (2015) zespołu Florence+The Machine. Jej pozostałe propozycje pojawią się w innych gatunkach, więc przechodzimy dalej, w stronę czegoś jeszcze bardziej klasycznego. Płyta Into the Wild (2007) Eddiego Veddera to album, który zabrałby ze sobą Łukasz z rozkwitającego właśnie bloga Wandering Towel. Nie jest to jeszcze nie koniec jego sugestii, ale również do nich wrócimy w dalszej części zestawienia.

Tymczasem mój ulubiony basista Dawid [i Człowiek Bum Bum Rurka zarazem], to dla mnie jedna z najbardziej inspirujących muzycznie osób. Szalenie byłam ciekawa co zaoferuje, i w tym gatunku – na samochodową podróż – wskazał zupełnie nie znaną mi dotąd płytę In a Tidal Wave of Mistery (2013) grupy Capital Cities. Jak zawsze potrafi mnie zaskoczyć!

Za to znany i lubiany album przesłała Kasia z Wapniaki w drodze, czyli Cegła (1985) rockowo-buesowego zespołu Dżem. I tu spotykam bratnią duszę, bo Kasia zaznacza, że to idealna płyta do pośpiewania na trasie, a śpiewać za kierownicą to ja bardzo lubię. A w szczególności, gdy nikt obok nie musi tego słuchać…

Już niekoniecznie śpiewająco /choć co kto lubi/, ale zdecydowanie na trasę, Magda z bloga Szary Konik poleca kultowe Guns’N’Roses z zestawieniem Greatest Hits (2004). I fajnie, bo ten zespół jeszcze pojawi się tu z innym albumem.

Ale wcześniej wypada dorzucić coś od Romka z gonimyslonce.pl ;). Ponieważ ten post piszę raczej od siebie, to i jego łaskawie zapytałam o ulubioną muzykę na drogę /w sytuacji, gdy nie jest skazany na moją ;)/. Podaje on cztery płyty w rockowym klimacie. Dwie pierwsze, to jego ulubieńcy, czyli zaciągający na bluesową nutę Aerosmith z: Nine Lives (1997) /przyznam, że ten album i w moim zestawieniu jest bardzo wysoko/ oraz Pump (1989). Ale tak naprawdę wiem, że chętnie wymieniłby całą dyskografię zespołu. Pozostałe propozycje to Red Hot Chili Peppers Blood Sugar Sex Magic (1991) oraz AC/DC High Voltage (1976). I na tym kończą się pozycje gościnne.

Teraz ja! :)

I postaram się nie przeginać z opisami… Jako, że na rocku się praktycznie wychowałam i kocham do dziś, to tego gatunku trochę w schowku mam. Ale skupię się na minimum z minimum ulubieńców i zacznę od priorytetowego albumu, który chyba został stworzony pod to, by dobrze się prowadziło. Przejechałam do niego większość bajecznej Szkocji i chętnie zrobię to kiedyś ponownie. A mowa tu o projekcie Scorpions z Filharmonią Berlińską w nagraniu Moment of Glory (2000). Zgranie zespołu z orkiestrą i same aranżacje to jest mistrzostwo najwyższych lotów. A przy środkowych utworach instrumentalnych, czapki lecą z głów, a buty ze stóp. Polecam! ;)

Dalej trochę latynoskiego hard rocka zespołu Tribe of Gypsies, z dwoma albumami: Tribe of Gypsies (1996) oraz Tribe of Gypsies III (2000). Prawie nie znani u nas, a ta słoneczna energia zaklęta w mocniejszych brzmieniach, to coś pięknego – warto dać im szansę.

Z klimatów bardziej klasycznych, super sprawdzają się albumy Guns’N’Roses: Apetite for Destruction (1987) i Deep Purple: Purpendicular (1996), a także bardziej grungowe i kultowe zarazem Pearl Jam: Ten (1991) i Nirvana: Nevermind (1991).

Jeśli utkniecie na trasie z powodu robót drogowych, czy jakichś kolizji, to mnie dobrze rozładowują napięcie Skunk Anansie Post Orgasmic Chill (1999) /uwielbiam!/ oraz Marylin Manson Mechanical Animals (1998), /tak, wiem że gość jest zdrowo trzepnięty, ale to jest serio bardzo dobra płyta/. No chyba że wolicie spokojniej odreagowywać i trochę pośpiewać, wtedy sprawdzić się może album Supposed Former Infatuation Junkie wokalistki Alanis Morissette (1998), a także – już w ojczystym języku – Voo Voo w albumie Voo Voo z Kobietami (2003) /lub w zasadzie dowolna ich płyta, bo jest w czym wybierać/.

Powoli kończąc wyliczankę, dorzucę jeszcze mało znanych i docenianych w naszym kraju /niestety!/ artystów: zespół Incubus z krążkiem The Essenstial Incubus (2012) i Jamesa LaBrie w pięknym albumie Elements of Persuasion (2005). Z polskich, mniej znanych a bardzo ciekawych propozycji, mam mega energetycznego Jelonka z wydaniem Jelonek (2007). Jest klasyfikowany jako rock instrumentalny, bo to bardzo zgrabne połączenie fajnych skrzypiec z mocniejszymi brzmieniami.

A klamerką niech zostanie zaprzyjaźniony zespół z Krakowa, którego poprzednia płyta towarzyszy mi zawsze w trasie. Jest to Cinemon Lp (2009) zespołu Cinemon ;) i szalenie kojarzy mi się z podróżowaniem [wynajętymi samochodami] przez Australię i Nową Zelandię. Choć nie tylko, bo ostatni utwór z tej płyty wybraliśmy /oczywiście za zgodą muzyków/ na podkład do filmiku z podróży po Sri Lance. I nie wiem, czy to nie muzyka robi w nim najlepszy efekt…;)

METAL

(heavy, power, symphonic, trush, doom, itp…)

Wprawdzie jest to pochodna rocka i czasem linia pomiędzy hard rockiem, a metalem jest bardzo cienka /wręcz przerywana!/, to jednak trudno mi postawić obok siebie lekkie rockowo-popowe brzmienia z ciężkim metalem. Nie padło dużo propozycji z tego gatunku od innych podróżników, ale są, więc chętnie załączam.

I tutaj, ze szczególnym zamiłowaniem do jednego zespołu, przychodzi Ola z Laotańśkie opowieści. Przede wszystkim wskazuje na album Karma (2001) zespołu Kamelot, ale i na dwa inne również – Epica (2003) i The Black Halo (2005).

Dalej mam podpowiedzi od osób, które pojawiły się już w swych rockowych inspiracjach powyżej. Tak więc kolejna płyta metalowego zestawienia to Live in Budokan (2004) kapeli Dream Theatrer zaproponowana przez Dawida [Bum Bum Rurki].

Następna wypowiada się Magda [Szary Konik] podając zespół Iron Maiden, a w szczególności krążek The Number of the Beast (1982), choć podkreśla, że wiele ich albumów też chętnie by zabrała w trasę.

A podsumuję opcją Łukasza [Wandering Towel], pod którą podpisuję się rękami i nogami /i pewnie sporo innych osób również chętnie to zrobi/.  A mianowicie chodzi o krążek S&M (1999) zespołu Metallica. Bez orkiestry od wielu lat dają chłopaki radę zachwycać swoimi kawałkami, no ale w połączeniu z potęgą symfoniczną, to już istna petarda! ;)

Od siebie…

…naturalnie też mam kilka opcji, które zawierają w sobie bardzo melodyczne albumy. Bo dla mnie ciężkie brzmienia są super, ale muszą też mieć w sobie sporo muzyki. Sama „nawalanka” zupełnie mnie nie kręci. Za to, gdy jest rytmicznie, melodycznie, szybko i ostro, to trasa samochodem staje się przyjemnością w najczystszej postaci. I musi być dobry bas. Tylko kto może pochwalić się dobrymi głośnikami w aucie?…;) I nie mówię tu o akcji „zimny łokieć i bas na maxa”. :P Jak jest dobry sprzęt, to słuchając nawet cichutko, można usłyszeć więcej, niż na kiepskim sprzęcie przy pełnej głośności… ale do rzeczy.

Znów pojawia się Iron Maiden tym razem z albumem Brave New World (2000), dalej mam /bardzo lubiany też przez Romka/ bajecznie symfoniczny Vovin (1998) Theriona, następnie niezastąpiony /choć nie jedyny dobry/ krążek Megadeth Youthanasia (1994) i wyliczankę zamknę symfonicznym Rhapsody of Fire Dawn of Victory (2000).
Offtopic: Do tego ostatniego albumu często sprzątam mieszkanie… zakładam słuchawki i ta muzyka daje takiego kopa, że nie wiem kiedy i… skończone! :D A sprzątać nie lubię. Może ktoś spróbuje?…;)

WORLD MUSIC

(oraz jazz, soul, folk, classical, old music, itp…)

Czas na bardzo fajną mieszankę stylistyczną, gdzie sporo z nich przeplata się ze sobą, tworząc muzykę naprawdę wyjątkową. A w drugiej części artykułu – traktującej o albumach do zabrania tak generalnie: w podróż – będzie jeszcze ciekawiej! Zdecydowanie moje ulubione zestawienie. Zostańmy jednak na razie przy samochodzie.

I już na początek energiczna i pozytywna propozycja Ani z bloga Cuba-miamor, a mianowicie właśnie na żwawą, kubańską nutę płyta Antidiotico (2007) zespołu Orishas.

Dalej, idąc nieco na południe, lądujemy w Boliwii. Stamtąd Danuta prowadząca Bolivia in My Eyes, poleca krążek grupy Los Kjarkas35 Ańos (Bolivia) (2006), który był jej pierwszym skojarzeniem na podróżowanie z muzyką, zarówno po miastach jak i bezdrożach. Tu kończą się klimaty z tamtej strony świata.

A kolejna opcja należy do znanej nam już Karoliny [W krainie tajfunów], a jest nią Andrew Bird z albumem o intrygującym tytule The Mysterious Production of Eggs (2005). 

Teraz płynnie przeniesiemy się na jazzowy klimat, który proponuje Kasia [Wapniaki w drodze] na krótką trasę w deszczu ;) i jest to Tony Bennett z Duets II (2011). Nie jest to też jedyna propozycja Kasi w tej grupie, bo idąc w coraz ciekawszą stronę, sugeruje płytę, która towarzyszy jej w samotnych podróżach autem. Śpiewać może wtedy na całe gardło, wraz z Yasmin Levy przy krążku Sentir (2009) w klimatach sefardyjskich z elementami flamenco.

Natomiast ostatnia z gościnnych sugestii, jest od osoby, z którą – od strony praktyczniej – przechodzimy przez wspólne muzyczne pasje już od najmłodszych lat. Paulina z Przeglądu Sztuki SURVIVAL proponuje nam nietypową perełkę: Orchestre International du Vetex w nagraniu Total Tajine (2011). Także tym bardzo przyjemnym folkiem zamykam akapit i, nie przedłużając, przechodzę do własnych wybrańców grupy.

Moje perełki.

Od kilku lat, moją ulubioną pamiątką z podróży jest płyta z regionalną muzyką. Czasem uda się odsłuchać na miejscu, ale zwykle jest to dość intuicyjne i ryzykowne wybieranie krążka. Moment odsłuchiwania go w domu po powrocie, to zawsze bardzo szczególny czas. Choć efekty są oczywiście różne. Naturalnie mam bardziej i mniej ulubione wybory, ale do absolutnie najlepszego, należy mój numer jeden w poprawianiu humoru, dostarczaniu słońca zimą i zyskiwaniu niebywałej energii, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. A wszystko to za sprawą zespołu z wyspy Rapa Nui /W. Wielkanocnej/ – Matato’a i ich słonecznego albumu Ma’Ohi (2003) będącego mieszanką tradycyjnej muzyki polinezyjskiej oraz współczesnych rytmów i instrumentów. Folk polinezyjski w znakomitej postaci – uwielbiam!

Kręcąc się jeszcze po innych kontynentach, mam na liście piękny i bardzo pozytywny projekt Playing for Change w Songs Around the World (2009), płytę Carlosa Santany Supernatural (1999) /którą zaraził mnie Romek zabierając ją zawsze ze sobą do auta/, energiczny i znakomity jazzowy koncert Ramsey’a Lewisa z albumu Ramsey Lewis’s finest hour (2000) oraz jedną z wielu fajnych płyt wytwórni Putumayo World Music: Swing Around the World (2006). Do tego dużo rytmu, gitar, słońca i flamenco u muzyków z Que Passa For You (2007) oraz europejskiej mieszanki krwi i świetnej muzyki w Dobrek Bistro na krążku Bistro Live (2003).

A wyliczankę zamknę irlandzkimi klimatami w nagraniu Gaelforce Dance The Irish Dance Spectacular (2010) oraz bretońskimi u Dan Ar Braz (z projektu L’Heritage des Celtes) Finisterres (1997). Wszystko to super wpada w ucho, dodaje energii, sporo można nucić i naprawdę jest co wystukiwać na kierownicy. Tylko jechać! ;)

REGGAE

Pozytywne dźwięki rodem z Jamajki nie są ewidentnie w naszym kraju najczęściej słuchaną muzyką. Trochę szkoda, bo nam się tak bardzo kojarzą ze słońcem, luzem, spokojem ducha i uśmiechem na ustach, że aż od razu robi się cieplej na sercu. Nie dostałam żadnej reggae-owej płyty w propozycjach od innych, ale my mamy kilka swoich ulubieńszych krążków, więc już nie rozdzielając na osobne akapity, napiszę najpierw dwa ulubione Romka, które ma zawsze przy sobie – oba Mesajah – a tytuły brzmią Ludzie Prości (2008) oraz Jestem Stąd (2012).

Ja natomiast…

bardzo polubiłam jeszcze inny album z Romkowej płytoteki, a jest to płytka Wir (2000) Natanaela, po którą sięgam bardzo często /i nie tylko w trasie/. No i to by było na tyle z polskich wykonawców. Bo dwie ostatnie propozycje w tym gatunku należą do pełnej klasyki, czyli Boba Marley’a z albumami Legend (1984) i /chyba najstarszy krążek w całym zestawieniu/ Catch a Fire (1973).

COUNTRY

Chyba już zostanę przy pojedynczych akapitach, bo robi się coraz skromniej z propozycjami. W stylu country są trzy. Po jednej od każdego: gościnna, Romka i moja. I tak Makulscy i ich Luśka /mega fotogeniczny psiak podróżny!/ mają ewidentnie ulubiony krążek na drogę, bo niemal bez zastanowienia podają album Waylon Jennings Greatest Hits (1979). Romek od pewnego czasu serwuje w trasie świeżynkę wydawniczą Chrisa Jansona Buy Me a Boat (2015) i muszę przyznać, że super się tego słucha.

Mnie osobiście…

singlem „Country Boy” kupił Alan Jackson i tak poznałam płytkę Good Time (2008) i cały zastęp innych tego wykonawcy. W Stanach jeszcze nie byliśmy, ale z pewnością będzie to obowiązkowy zestaw do słuchania na trasie w tej części świata…;)

SZANTY

Tutaj mam jedynie swoje propozycje.

Przede wszystkim dwie, bo akurat w przypadku piosenek żeglarskich /co jest w zasadzie trafniejszą nazwą/ trudno mówić o wymogu tego samego wykonawcy. Tak naprawdę istota tej twórczości tkwi w zupełnie innym miejscu. Wprawdzie dostałam jednego maila z notatką szanty, ale zupełnie różne, moja własna składanka, jednak nie bardzo wpasowuje się to w tego posta, więc przejdę do konkretów.

Poza moimi osobistymi playlistami tego gatunku /a jakże! tak jak wspominałam we wstępie – nawet mnie zdarzają się składanki;)/, mam ulubioną płytkę Trzech Majtków Z prądem (2004) oraz oficjalne zestawienie To co najlepsze. Szanty vol.1 W górę szmaty (2000).
I szczerze Wam napiszę, że te krążki ratowały nas kiedyś na trasie po Nowej Zelandii. Bo żeby wyrobić się z oddaniem wynajętego samochodu na czas, musieliśmy ostatni – bardzo długi fragment drogi – jechać nocą. Byliśmy już solidnie zmęczeni, Romek jechał w dzień, a ja w nocy /w dzień siedziałam z wystawionym obiektywem za szybę samochodu…/ i autentycznie ca-łą dro-gę /by nie zasnąć/ śpiewałam wraz z playbackiem te piosenki na pełne gardło. Co za energia! :D Serio, gdyby nie one, nie dałabym rady. Także tego… polecam z całego serca! ;)
/Wyobraźcie sobie minę Romka, gdy po jakiejś godzinie zdzierania się, aż szyby trzeszczały, popatrzyłam na niego i zapytałam: a dlaczego Ty nie śpisz?! (sic!)

SOUNTRACK-i

(ścieżki dźwiękowe…)

Tu znów tylko ja.

Ale na szczęście więcej inspiracji pojawi się w drugiej – ogólno-podróżniczej – części tego artykułu. Natomiast mojej trasy nie wyobrażam sobie bez trzech muzycznych albumów do: filmu Shrek (2001), musicalu Metro (1991) oraz Dirty Dancing 2 Havana nights (2004). Pierwsza propozycja jest naprawdę doskonałym kompanem podróży chyba dla każdego, bez względu na preferencje muzyczne. Druga opcja to coś bardziej pod śpiewanie /kto lubi/, więc może najlepiej przy samotnej podróży autem? ;) A ostatnia zawiera w sobie tyle słońca i salsowych rytmów, że nie muszę chyba tłumaczyć dlaczego ten roztańczony klimat dobrze pasuje do trasy „za kółkiem”. Grunt to nie zasnąć i cieszyć się otaczającym nas pięknem! ;)

POP & DANCE

Zostając jeszcze na chwilę przy roztańczonym klimacie, mam dwie propozycje od Natalii z bloga Zapiski ze świata. Pierwsza to album, który od dawna towarzyszy jej w rodzinnych wyprawach, nastrajając wszystkich bardzo pozytywnie. Mowa tu o Jive Bunny and the Mastermixers  z zestawieniem …The Best !! (1994). Druga płyta to dużo świeższe wydanie, podkreślające zamiłowanie Natalii do południowo-słonecznych klimatów, czyli Eterno Agosto (2015) Álvaro Solera. I muszę przyznać, że obie sugestie bardzo pasują do jej temperamentu, więc tu mnie nie zaskoczyła.

Za to dałam się zaskoczyć ponownie Dawidowi [Bum Bum Rurki] i jego dość nietypowej propozycji, czyli polski pop-gospel w wykonaniu TGD z krążkiem  Uratowani (2012). Niby znamy się tyle lat, a ja nie miałam nawet pojęcia o istnieniu takiej grupy muzycznej…

Natomiast podsumuję już bardziej klasycznie i zakończę ten akapit cytatem Ani [Cuba-miamor], bo ja sama lepiej tego nie ujmę. ;) To ja mam taką płytę wszechczasów, która nieodmiennie już przez całe życie będzie mi się kojarzyć z roadtrip i dosłownie jak słyszę jakąkolwiek piosenkę z tej płyty, to mam odruch Pawłowa i momentalnie przenoszę się do tamtego miejsca i czasu. Bo to były czasy, kiedy słuchało się muzyki z kaset, my mieliśmy ich kilka, chyba nawet nie kilkanaście, było lato 1990, jechaliśmy z moim Tatą Dużym Fiatem kombi z Polski do Grecji i z powrotem, więc nawet nie wiem ile razy wszystkie te kasety przesłuchaliśmy, ale były zdarte do wiwatu i zapadły w moją nastoletnią głowę… Najbardziej płyta Tiny Turner Foreign Affair (1989).

MUZYKA ELEKTRONICZNA

(house, downtempo, instrumentalna, post-rock, itd…)

To jedna z ciekawszych dziedzin do opracowania dla mnie, bo choć zawsze myślałam, że zupełnie mi obca, to zagłębiając się w nią ostatnio, przekonałam się, jak bardzo się mylę. Elektroniki jest mnóstwo wokół nas, nawet gdy nie zawsze ją dostrzegamy. Piszę naturalnie o sferze muzycznej. Jednak dalej nie czuję się specjalistą w tym gatunku, więc na razie zostawiam głos innym.

Na dobry początek zestaw płyt od niestandardowych programistów ;) Przemka i Magdy z bloga TroPiMy. Zaczynają od zespołu Daft Punk i krążka Random Access Memories (2013), po czym kolejne propozycje są już pod kątem ulubionych utworów, chociaż płyty również załapały się do tego zestawienia. A są to: Ep II (2013) kompozytora Carpentera Bruta /ze szczególnym uwzględnieniem „Looking for Tracy Tzu”/ oraz bardziej post-rockowa kapela Maybeshewill z albumem Fair Youth (2014) /w spokojną trasę nocą, zwłaszcza utwór „Volga” podsumowujący album/.

Na nocną trasę mam też dwie propozycje od Wędrownego Motyla – Marcina z bloga Gdziewyjechac.pl. Pierwsza z nich, to album Nightcall (2010) Kavinskiy’ego /którą z entuzjajzmem potwierdza też Przemek, jako idealną płytę na drogę/, a drugą jest zespół Röyksopp i jego Melody A.M. (2001). Natomiast na zakończenie „rodzynek”

ode mnie 

czyli płyta, która przyda się o każdej porze, gdy potrzebna będzie energia czerpana z muzyki. W moim przypadku świetnie sprawdza się Linsey Stirling z jej pierwszym albumem, po prostu Lindsey Stirling (2012). Trochę elektroniki, sporo skrzypiec, taneczne klimaty i pozytywna energia tej dziewczyny, na pewno zastąpią kawę choć na chwilę. :)

Podsumowanie części pierwszej ;)

Dużo więcej opcji z elektronicznej grupy znajdzie się w drugiej części artykułu – Muzyka na podróż. Oczywiście z innych grup również, ale będzie spokojniej niż tutaj. Brak metalu, mniej hard rocka, sporo muzyki świata i chillout’u. Oczywiście nikt też nikomu nie zabroni tamtych płyt słuchać w samochodzie, a tych np. w pociągu. ;)
Przede wszystkim mam nadzieję, że każdemu uda się znaleźć coś dla siebie i poszerzy swoje horyzonty muzyczne przynajmniej tak jak ja, dzięki pracy nad tym zestawieniem. Dla mnie był to bardzo inspirujący czas. Bardzo! I dziękuję wszystkim za to. :)

C.d.n.

Płyty na podróż | muzyka na podróż

A może masz ochotę podzielić się swoim ulubionym albumem? Śmiało, chętnie poznamy! :)

Ewa

Z wykształcenia jest muzykologiem i historykiem sztuki, z zamiłowania gra na violi da gamba, a zawodowo zajmuje się kolorystyką i marketingiem. Poza tym, to prawdziwy sangwinik z niepoprawnym optymizmem we krwi oraz wieloma pasjami artystyczno-podróżniczymi. A szczególna wrażliwość na piękno pomaga jej postrzegać świat kadrami, które uwielbia uwieczniać. I choć jest niezłym śpiochem, kocha też wyzwania, dobrą muzykę, czarną kawę i ciasteczka. ♪♫

29 myśli na temat “Muzyka na drogę | Ulubione albumy podróżników

  1. W jednym miejscu tyle świetnej muzyki wow! Dzięki za podpowiedzi, sporo znam, ale niektórzy wykonawcy są dla mnie nowi. Gdy ja jeżdżę autem w długą drogę, to słucham polskiej muzyki, by śpiewać razem z nimi. Nie śpiewam pod prysznicem, tylko właśnie w aucie. I lepiej by nikt nie słyszał

    1. No i kolejna osoba do śpiewania w samochodzie – super! :)) Dodatkowo, fajnie jest wiedzieć, że część z tych pozycji jest jeszcze nie odkryta przez wiele osób, warto było pisać. ;)

  2. W podróży najbardziej lubię słuchać rytmicznych kawałków typu pop, dance czy rock. Z resztą tego samego słucham na co dzień. Super post, bardzo przydatny, chętnie z niego skorzystam, bo przyda się odświeżyć moją playlistę ;)

  3. O! Super temat ;) Ja z tych wszystkich ostatnio chyba wyłącznie Solera słuchałem :) Słucham piosenek w tak wielu językach, że pasażerowie często nie ogarniają ;) od szwedzkiego Norlie & KKV po rosyjską Olyę Polyakovą. Po prostu wszystko, co jest wesołe i ma skoczny refren do którego można śpiewać!

  4. Chciałam sobie włączyć playlistę, ale niestety akurat nie działa mi dźwięk w kompie. Słucham w drodze raczej lokalnych dźwięków. Moim zdaniem dodatkowy koloryt krajobrazu :)

    1. :) ja zawsze powtarzam, że jedno nie wyklucza drugiego. Tylko nie zawsze ma się ochotę na lokalne dźwięki, a gdy pomykam autostradami, to już w ogóle… wolę muzykę ;)

  5. A ja niestety kojarzę chyba tylko 1/3 utworów z tej obszernej listy, ale kapelutek z głowy za tak duży wkład w pracy. Auta też na razie nie mam, więc słuchanie w czasie jazdy odpada, ale często odpływam w muzykę podczas długich przejazdów autobusem i pociągiem. Bez muzyki ciężko byłoby przetrwać. Ba, żyć! :-)

  6. ja rzadko słucham muzyki w podróży :) ale trzeba będzie chyba zacząć – do sierpnia muszę zainwestować w jakieś rosyjskie płyty, żeby było tematycznie i po wschodniemu :)

  7. CO ZA ENCYKLOPEDIA! :D jestem muzycznym leniem i nie chce mi się nigdy wyszukiwac nic nowego, a tu wszystko podane na tacy. ;-) niewiele znam!

    1. My często też wsiąkamy w klimat :) Ale gdy przez wiele godzin śmigamy po autostradzie, lub gdy ktoś za głośno chrapie w przedziale, to jednak wolimy muzykę ;)

    1. U nas radio idzie, gdy po kilku godzinach jazdy przegrzeje nam się odtwarzacz CD :D i muszę przyznać, że czasem udaje się je całkiem godnie zastąpić ;) żeby tylko czasem mniej gadali o polityce… ;))

  8. Therion? – tego się tutaj nie spodziewałam ;) Ciesze się bardzo, bo kiedyś – obok Opeth, Anathema, The Gathering – bardzo chętnie gościli w moich podróżniczych słuchawkach.

    1. A widzisz! :) Nad Opethem się zastanawiałam, ale jakoś nigdy nie ląduje ze mną w trasie, więc go tu nie ma (choć bardzo lubię!). Za to The Gathering…<3 zdradzę, że będzie w drugiej części wpisu ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *